Marcin Bratek

Feed Rss

Już jakiś dobry czas temu w mediach było głośno o firmach, służących sprzątaniem i opiekowaniem się grobów. Efekt prac był fotografowany i przesyłany do klienta. Przez chwilę była jakaś nagonka moralno-etyczna, ale potem sprawa szybko ucichła. Teraz, jak mniemam, te firmy prosperują i trochę się ich namnożyło.

O czym to świadczy? O tym, że jest popyt na takie usługi. Jeśli zaś mamy popyt, znajdzie się ktoś, by to zapotrzebowanie zaspokoić. Jest to czysto rynkowe rozwiązanie, do którego nie mam żadnych uwag. Jeżeli ktoś jest w stanie zapłacić za taką usługę, oraz znajdzie się ktoś, kto za tą zapłatę tą usługę wykona – nie ma o czym mówić. Naturalnie, przy pełnym poszanowaniu prawa ;)

Kwestia, czy jest to dobre rozwiązanie, czy nie, jest dyskusyjna. Jak zwykle, wszystko zależy od punktu patrzenia. Teoretycznie, dobrym zwyczajem było osobistym stawieniem się przed grobem, uprzątnięciem i odmówieniem modlitwy za przodków. Dzisiaj, gdy świat się kurczy, paradoksalnie, mamy coraz mniej czasu i możliwości na dalsze podróże. W przypadku, gdy groby przodków znajdują się po drugiej stronie kraju, albo w granicach innego państwa, sytuacja staje się o wiele bardziej skomplikowana. Zwłaszcza, gdy mówimy o starszych ludziach, albo zapracowanych samotnych matkach… Albo zwykłych leniach. Rozwiązaniem dla tych ludzi jest właśnie korzystanie z usług firm, które mogą za nich uprzątnąć grób, wymienić wodę dla kwiatów, zapalić znicz.

Nie widzę najmniejszego problemu, dla którego miałby ktokolwiek potępiać tego typu firmy. Najmniejszego problemu ;)

Kto nie przekroczył nigdy prawa? Nie zbliżył się do pewnej granicy i jedną nogą jej nie przekroczył? Pytania nie kieruję do kierowców, bo Ci nagminnie łamią kodeks drogowy… ;)

Kwestia jest mianowicie taka – skoro tak często nagina się prawo, dla różnych powodów, to być może prawo nie jest zbyt dobre? Może warto się zastanowić nad pewnymi regulacjami, czy:

1. Mają w ogóle rację bytu?
2. Nie można ich zmienić (czytaj: zliberalizować?)
3. Może są potrzebne inne prawa, które będą miały wpływ na podejmowany problem

Najlepszym moim zdaniem rozwiązaniem, byłoby branie na przysłowiowy warsztat każdą ustawę i weryfikowanie jej pod kątem powyższych pytań. Czy ta ustawa jest potrzebna i ma rację bytu? Zazwyczaj odpowiemy sobie: Nie. Więc do kosza… I lecimy dalej.

Dochodzi też kwestia moralności obywateli, którzy mają prawo przestrzegać. Zazwyczaj przekraczanie granicy prawa wiąże się z przeświadczeniem, że nie jest to nic złego, bądź ewentualnie wyrządzona szkoda jest minimalna. Prosty przykład? Przekroczenie prędkości o 20 km/h na prostej, dwupasmowej, pustej drodze. Zapalenie „skręta”. Oglądanie pornografię w sieci.

Jeżeli jest popyt na jakiś towar, zawsze znajdzie się ktoś, kto zapewni podaż. W kwestii państwa leży ustanowienie takiego prawa, że nie będzie potrzeby obchodzić regulacji prawnych. Problem w tym, że w demokracji nie możemy doczekać się takiej sytuacji, więc należy przyzwyczajać się do korzystania z usług i produktów z pogranicza prawa, jak też całkowicie nielegalnymi (jak chociażby z ostatnią uchwaloną ustawą o „dopalaczachj”). Osobiście nie mam nic przeciwko korzystaniu z nielegalnych rzeczy, czy będących na pograniczu prawa. Dla mnie jest to towar, bądź potrzeba, którą potrzebuję i jeśli znajdzie się ktoś, kto będzie chciał tą potrzebę zaspokoić – dogadamy się. Nie obchodzi mnie zdanie państwa w tej sferze, póki nie szkodzę innym obywatelom.

Ten kraj naprawdę zaczyna mnie przerażać… Paranoja za paranoją. Nic, tylko media rozdmuchują kolejne „problemy społeczne”, szukają kolejnych afer i zdobywają wyborców (odpowiednia stacja odpowiedniej partii) dla swoich protegowanych…

O co chodzi z tymi dopalaczami? Że jakiś idiota przedawkował? No i co z tego? Skoro był na tyle głupi, by to brać (i to w takiej ilości) to… To nic. Jego problem. Właściwie, to jego rodziny bądź znajomych – ktoś mu musi przecież wyprawić pogrzeb. I żyjemy dalej – a z pewnością cała reszta społeczeństwa, która sobie zażywa te środki kolekcjonerskie i nic sobie z tego nie robią. Dlaczego? Bo oni mają zdrowy rozsądek (no, czasami trochę mniej, ale mimo wszystko, wciąż go mają) i nie ładują w siebie Bóg wie ile tych środków, tylko zażywają odpowiednio.

Jest pewna rzymska maksyma, Volenti non fit iniuria (z łac.: Chcącemu nie dzieje się krzywda). Jeżeli ktoś chciał konsumować ten środek, pomimo wiedzy, że nie nadaje się do konsumpcji – to nikomu nic do tego. Tak samo, jak każdy ma prawo łykać witaminę C, pić alkohol, kawę, palić papierosy czy popełnić samobójstwo. Jeśli robimy to z własnej woli i chcemy to robić, znając konsekwencje (nadciśnienie, osłabienie organizmu, uzależnienie, nowotwór, śmierć) to nikt, a zwłaszcza państwo, nie powinno się w to mieszać. Naturalnie, rodzina i bliscy znajomi będą interweniować, w końcu od tego są. W normalnym kraju, jakby ojciec zobaczył, że jego syn bierze takie środki, i by mu się to nie podobało, dostał by paskiem po dupie i by gówniarz się uspokoił. Ale dzisiaj? No i z jakiej racji PAŃSTWO (a jeszcze gorzej, bo i RZĄD) mieszają się do tego?

Cala ta chora sytuacja wynika z jednego powodu, i czy tego chcecie, czy nie, winę za wszystko ponosi państwo. Trzeba było nie delegalizować narkotyków. Gdyby człowiek nie musiał kombinować i kupować od dealerów, i przy tym ryzykować złapanie przez policję czy inne służby, a poszedł do normalnego sklepu i kupił dwa gramy marihuany czy pół grama amfetaminy – to nie byłoby by problemu z „dopalaczami”. Wiadomo przecież, że owoc zakazany najlepiej smakuje, więc jeśli zakazujemy pić młodzieży, posiadać i wyrabiać narkotyków itp. to logicznym jest, że znajdzie się DUŻO więcej chętnych, by łamać to prawo, niż gdyby było to powszechnie dostępne.

Dlatego apeluję, po pierwsze, o rozsądek. Jak chcecie brać „dopalacze”, proszę bardzo – macie moje błogosławieństwo. Nie interesuje mnie to w najmniejszym stopniu, dopóki nie szkodzicie innym (namawiacie bądź zmuszacie do konsumpcji tych środków). Tak samo wygląda kwestia narkotyków – chcesz palić trawkę, wciągać fetę czy inne badziewia, proszę bardzo. Mi to naprawdę nie przeszkadza. O ile nie przesadzasz – ale wtedy zainterweniują bliscy, rodzina, charytatywne organizacje non-profit. Jeśli natomiast chcesz, aby RZĄD znów mieszał się w prywatne sprawy obywateli i mówił ludziom, co mogą jeść, czego nie mogą, co mogą zażywać, czego nie – to delikatnie mówiąc, ODCHRZAŃ SIĘ i SPIEPRZAJ Z TEGO KRAJU.

Abstrahując już od kwestii szkodliwości dopalaczy… Skoro państwo tak chętnie dąży do likwidacji tych sklepów, dlaczego nie idzie dalej i nie chce zakazać sprzedaży alkoholu? Przecież z powodu alkoholu ginie więcej osób miesięcznie, niż rocznie przez dopalacze. Tak jak papierosy, kawa czy inne używki – wedle definicji, wszystkie przed chwilą wymienione środki to narkotyki!

Druga kwestia to fakt, z jakim żarliwie Tuskolandia chce zdelegalizować i pozbyć się dopalaczy. Jest to może rozwiązanie mniej (o ile w ogóle) popularne w mediach, ale również warto się nad tym zastanowić. Wiadomym jest, że dopalacze są legalnym zastępnikiem nielegalnych narkotyków. Zabierają więc tych klientów dealorom, którzy obawiają się nielegalnego procederu. Wynikiem tego jest spadek zysków mafii narkotykowych, którym naprawdę zależy na tym, by narkotyki były nie legalne (mogą być droższe, nie trzeba płacić podatków) i opłacają odpowiednie osoby, by napędzać walkę z dopalaczami. To taka myśl końcowa…

Aha, gwoli jasności. Nie biorę dopalaczy, bo uważam to za jedno wielkie G…O. Z wyżej wymienionych środków, łykam Witaminę C, piję sporadycznie kawę i delektuję się piwami ;)

Największą wadą książek jest to, że zabierają tyle czasu i jest ich od groma. Mam listę pozycji, które chciałbym jak najszybciej przeczytać a nie mogę, z braku czasu (albo innych, nie przewidzianych sytuacji). Nawet ostatnio, gdy trochę choruję, nie mam wystarczająco czasu, by się zagłębić w morzu książek. Zwłaszcza, że ostatnio zawziąłem się i chcę nauczyć się rosyjskiego, przynajmniej w podstawie. Czy Wy też tak macie, że potrzeba czytania książek przytłacza Was na tyle, że macie listę pozycji do przeczytania – ale brak na to czasu?

Moja lista pozycji (kolejność przypadkowa) wydłużyła się do:

- Opowieści o makabrze i koszmarze – H.P. Lovecraft (ponad połowa książki za mną! Teraz się skupiam na niej)
- Cold City
- Historia ustroju państwa
- Książę (Machiavelli)
- Umowa społeczna (Rousseau)
- Delikatne marzenie pioruna (Dariusz Domagalski)
- Naprawić Polskę? No Problem! (Janusz Korwin-Mikke)
- Powstanie ’44 (Norman Davies – zacząłem czytać 2 lata temu, ponad połowę przeczytałem i odłożyłem…)
- Moja niemiecka matka (Niklas Frank – 3/4 przeczytane, rok temu)
- Boży bojownicy (Andrzej Sapkowski – 1/4 przeczytana, pół roku temu)
- Lux Perpetua (Andrzej Sapkowski)
- Historia Europy 1919-1939 (Martin Kitchen, 1/4 przeczytana, pół roku temu)
- Tako rzecze Zaratustra (Fryderyk Nietzsche – 3/4 przeczytane, miesiąc temu)
- Wola mocy (Fryderyk Nietzsche)
- Jutrzenka – Myśli o przesądach moralnych (Fryderyk Nietzsche)
- Geopolityka (C. Jean)

i lektury szkolne (klasa maturalna, rozszerzony polski), których jeszcze w ogóle nie tknąłem (chyba żadnej jeszcze w liceum…). Teraz się zastanawiam – kiedy ja to wszystko ogarnę?